środa, 28 grudnia
Czułem ogromne wyrzuty sumienia pisząc swoją powieść na telefonie zamiast komputerze lub lepiej – maszynie do pisania. Takie poczucie winy towarzyszyło mi dość często, a to tylko jedna z wielu dolegliwości, które szargały moje nerwy każdego dnia. Czułem się przez to mniejszy niż inni, tak samo mniejszy, jak mój wysiłek który wydawało mi się, że wkładam w swoją pracę. Pomyślałem wtedy, że tak wielki pesymizm, nie powinien mierzyć się z tak małymi ambicjami. Odłożyłem na chwilę telefon. Pokój pociemniał bez sztucznego światła, ja sam też oślepłem od tysięcy małych pikseli, którymi okaleczałem swoje i tak już słabo widzące oczy. Serce niemal stanęło, gdy przestałem zagłuszać swoje myśli, a te nagle zbiegły się razem, wykrzykiwane przez różne głosy, przyprawiły mnie o ból głowy. Wyszedłem więc na zewnątrz, aby zamglić nieco ten hałas dymem papierosów. Stałem w skórzanym płaszczu i bokserkach na schodach, myśląc o tym, że jest dwudziesty ósmy grudnia, i że to nie jest odpowiedni ubiór na tę porę, czy też odpowiedni czas na poczucie winy, ani z powodu małych ambicji, ani też tego, że mam na sobie skórę.
Usiadłem na betonowych schodach i spojrzałem w niebo. Zaledwie mały skrawek, bo większość przysłaniał mi las oraz dach mojego rodzinnego domu. Wyobraziłem sobie, że zamieniam się w pył, niczym popiół po spaleniu, i że nie przeszkadza mi już zimno, a myśli przestały się uporczywie żarzyć. Stałem się niewielki względem ziemi i wręcz nieistniejący względem wszechświata. Byłem ciekaw czy ktoś już zauważył, że zniknąłem. Była co prawda trzecia w nocy, ale co jeśli ktoś, akurat potrzebował mnie najbardziej, a mnie wtedy nie było? Jak wytłumaczyć zniknięcie prawie siedemdziesięciu kilogramów mięsa, bez pozostawienia śladu po sobie? Wydawało mi się, że nie można, więc zszedłem na ziemię. Zgasiłem nadpalonego peta i wślizgnąłem się z powrotem do mieszkania.
W środku już nie pachniało wilgocią ani alkoholem jak w dzieciństwie. Jedyny znajomy zapach to dym palonego tytoniu, choć ten i tak już nie był tak intensywny, jak dawniej. W teorii żyłem tu przez 17 lat, ale nigdy nie czułem się tu swobodnie. Tym razem było podobnie, ale dodatkowo czułem się jak intruz, jakbym przywłaszczył sobie prawo do powrotu na święta od kogoś obcego, bo rodzina, która teraz tu mieszka jest zupełnie inna. Ściany miały nowy kolor, ale nadal były przesiąknięte czymś o czym trudno mówić.
— Wszystko jest tu takie milczące — pomyślałem. Niechętnie, co prawda, ale zasnąłem. Tej nocy w mojej głowie było nieco inaczej – obco, tak jakby moje wizje nie były moje. Zazwyczaj godzę się z naturą moich snów, bo nie mają one zbytnio większego sensu. Czasem, bywają nieco upiorne. Wydaje mi się, że kiedyś przyśnił mi się Bóg. Wyglądał jak kanoniczny dziadek, ze średniej długości brodą i małymi okularkami na nosie. Nosił brązowe spodnie, białą koszulę, a na niej kremową kamizelkę. No zwykły dziadek, taki sam jakich widujemy na ulicach o dziesiątej rano przy targu. Wyglądał niewinnie pomimo tego, że w mojej wizji, zwiastował apokalipsę, taką jak opisano w Biblii. Chciałbym powiedzieć, że to tylko moja wyobraźnia, że zielona dolina i ciemnopurpurowe niebo to tylko wymysł mojej głowy. Starszy zaprowadził mnie do chaty, w której byli już jacyś ludzie, nie wpuścił nikogo innego. Byłem zbyt przerażony, żeby zadawać pytania. W środku zastałem buddyjskiego mnicha, Induską matkę, ze swoim, na oko dwuletnim, synem, starszą czarnoskórą kobietę i jeszcze kilka innych osób, których już nie pamiętam.
Nadchodziło tornado, które miało zniszczyć wszystko, a nie złamało nawet gałązki. Inaczej było z pozostałymi, którzy nie dostali się do chaty. Kiedy było już po wszystkim, wyszliśmy cali i zdrowi, naszym oczom ukazała się ta sama zielona dolina, ale spowita ciałami ludzi, było ich mnóstwo. Spojrzałem wtedy na Staruszka z nadal przerażonym, ale też podejrzliwym wzrokiem. Kiedy znów spojrzałem na krajobraz, te same ciała, lewitowały w pozycji pionowej, aż za horyzont. Wtedy się obudziłem.
Do tej pory nie wiem co miał oznaczać ten sen, ale wiem, że później dochodziłem do siebie przez kilka tygodni, czasem nasze głowy potrafią z nami pogrywać. Tej nocy było podobnie, nie wiem co mi się śniło, albo co widziałem, kiedy na chwilę się budziłem, ale rano byłem tym bardzo zmęczony. Nie chciałem wypić nawet porannej kawy, bo miałem nadzieję, że jeszcze zasnę po południu. Nic bardziej mylnego. Od tamtej nocy nie spałem trzy dni.
Malkontent
Zostaw odpowiedź