Kategoria: Theatrum mundi

  • Wywiad


    „To niesprawiedliwe —
    Uczyć w ten sposób życia.
    Wręczając scenariusz komuś,
    Kto nie umie czytać.”

    — Kacper Kurzyp

    […]

    P: Zacznijmy od tego, że nie planowałem tu być. Nigdy nie chciałem, by wzrok tylu osób spoczywał na mnie jednocześnie. Trawa jest zawsze bardziej zielona tam, gdzie mnie nie ma, ale kiedy mnie tutaj nie było, nie czułem, że muszę tu być. To tylko wydaje się skomplikowane, ale tak naprawdę jest bardzo proste. Ktoś z góry założył, że to moje miejsce, a ja miałem niewiele do powiedzenia, co, o ironio, nie zdarza się zbyt często. To fatum, a im bardziej się buntowałem, tym bliżej byłem tego piekła.

    D: Piekła?

    P: Nazywajmy rzeczy po imieniu. Kto o zdrowych zmysłach chciałby tu być? Jestem wdzięczny za to, co mam, nie lubię narzekać, ale skoro już tu jestem, to dlaczego miałbym nie powiedzieć prawdy? Bóg umarł, nikt mnie nie ukarze, a losu i tak już nie zmienię. To nie jest kwestia „być albo nie być”, bo nikt nie zapytał mnie o zdanie. Stroję się i stroję, co dzień zakładam inne buty, inne marynarki, a i twarz czasem zmienię, bo nikt nie chce tu mnie. Żeby tu przeżyć, muszę być kimś innym. Nic nie wybierałem, ani o nic nie grałem, a i tak słyszę, że trafiłem życie na loterii, a to nie ta sama gra. Proszę mnie posłuchać, oni by swoje matki sprzedali, żeby się zamienić i dlatego to ich miejsce, a nie moje! Mogę wyjść, drażnić ludzi na ulicach, ale da mi to tyle, co płacz na scenie. Zawsze opowiadam się za wolnością, a moja ma granice. Więc zadaję sobie pytanie – ile wolności jest w człowieku i ile jest człowieka we mnie? Może istnieje scenariusz, który mówi, gdzie się stawia linię niezależności jednej osoby, aby już nie było można nazwać go więźniem. Chciałbym go dostać i nanieść poprawki, ale mówią mi, że to nie ode mnie zależy. No przecież, kurwa, wiem, bo gdyby to ode mnie zależało, to by mnie tu nie było. Ktoś mnie dziś umył, ubrał i posadził w tym niewygodnym krześle. To niesprawiedliwe uczyć w ten sposób życia. To niesprawiedliwe.

    D: Może powtórzę pytanie —

    P: Rozumiem pytanie, ale nie rozumiem, po co mi je zadano. To nie ma znaczenia. Tu nic nie ma znaczenia, ani sensu. Nie chciałem tu być.

    D: Kim jest Protagonista?

    P: Nie wiem.

  • środa, 28 grudnia

    środa, 28 grudnia

    Czułem ogromne wyrzuty sumienia pisząc swoją powieść na telefonie zamiast komputerze lub lepiej – maszynie do pisania. Takie poczucie winy towarzyszyło mi dość często, a to tylko jedna z wielu dolegliwości, które szargały moje nerwy każdego dnia. Czułem się przez to mniejszy niż inni, tak samo mniejszy, jak mój wysiłek który wydawało mi się, że wkładam w swoją pracę. Pomyślałem wtedy, że tak wielki pesymizm, nie powinien mierzyć się z tak małymi ambicjami. Odłożyłem na chwilę telefon. Pokój pociemniał bez sztucznego światła, ja sam też oślepłem od tysięcy małych pikseli, którymi okaleczałem swoje i tak już słabo widzące oczy. Serce niemal stanęło, gdy przestałem zagłuszać swoje myśli, a te nagle zbiegły się razem, wykrzykiwane przez różne głosy, przyprawiły mnie o ból głowy. Wyszedłem więc na zewnątrz, aby zamglić nieco ten hałas dymem papierosów. Stałem w skórzanym płaszczu i bokserkach na schodach, myśląc o tym, że jest dwudziesty ósmy grudnia, i że to nie jest odpowiedni ubiór na tę porę, czy też odpowiedni czas na poczucie winy, ani z powodu małych ambicji, ani też tego, że mam na sobie skórę.

    Usiadłem na betonowych schodach i spojrzałem w niebo. Zaledwie mały skrawek, bo większość przysłaniał mi las oraz dach mojego rodzinnego domu. Wyobraziłem sobie, że zamieniam się w pył, niczym popiół po spaleniu, i że nie przeszkadza mi już zimno, a myśli przestały się uporczywie żarzyć. Stałem się niewielki względem ziemi i wręcz nieistniejący względem wszechświata. Byłem ciekaw czy ktoś już zauważył, że zniknąłem. Była co prawda trzecia w nocy, ale co jeśli ktoś, akurat potrzebował mnie najbardziej, a mnie wtedy nie było? Jak wytłumaczyć zniknięcie prawie siedemdziesięciu kilogramów mięsa, bez pozostawienia śladu po sobie? Wydawało mi się, że nie można, więc zszedłem na ziemię. Zgasiłem nadpalonego peta i wślizgnąłem się z powrotem do mieszkania. 

    W środku już nie pachniało wilgocią ani alkoholem jak w dzieciństwie. Jedyny znajomy zapach to dym palonego tytoniu, choć ten i tak już nie był tak intensywny, jak dawniej. W teorii żyłem tu przez 17 lat, ale nigdy nie czułem się tu swobodnie. Tym razem było podobnie, ale dodatkowo czułem się jak intruz, jakbym przywłaszczył sobie prawo do powrotu na święta od kogoś obcego, bo rodzina, która teraz tu mieszka jest zupełnie inna. Ściany miały nowy kolor, ale nadal były przesiąknięte czymś o czym trudno mówić.

    — Wszystko jest tu takie milczące — pomyślałem. Niechętnie, co prawda, ale zasnąłem. Tej nocy w mojej głowie było nieco inaczej – obco, tak jakby moje wizje nie były moje. Zazwyczaj godzę się z naturą moich snów, bo nie mają one zbytnio większego sensu. Czasem, bywają nieco upiorne. Wydaje mi się, że kiedyś przyśnił mi się Bóg. Wyglądał jak kanoniczny dziadek, ze średniej długości brodą i małymi okularkami na nosie. Nosił brązowe spodnie, białą koszulę, a na niej kremową kamizelkę. No zwykły dziadek, taki sam jakich widujemy na ulicach o dziesiątej rano przy targu. Wyglądał niewinnie pomimo tego, że w mojej wizji, zwiastował apokalipsę, taką jak opisano w Biblii. Chciałbym powiedzieć, że to tylko moja wyobraźnia, że zielona dolina i ciemnopurpurowe niebo to tylko wymysł mojej głowy. Starszy zaprowadził mnie do chaty, w której byli już jacyś ludzie, nie wpuścił nikogo innego. Byłem zbyt przerażony, żeby zadawać pytania. W środku zastałem buddyjskiego mnicha, Induską matkę, ze swoim, na oko dwuletnim, synem, starszą czarnoskórą kobietę i jeszcze kilka innych osób, których już nie pamiętam. 

    Nadchodziło tornado, które miało zniszczyć wszystko, a nie złamało nawet gałązki. Inaczej było z pozostałymi, którzy nie dostali się do chaty. Kiedy było już po wszystkim, wyszliśmy cali i zdrowi, naszym oczom ukazała się ta sama zielona dolina, ale spowita ciałami ludzi, było ich mnóstwo. Spojrzałem wtedy na Staruszka z nadal przerażonym, ale też podejrzliwym wzrokiem. Kiedy znów spojrzałem na krajobraz, te same ciała, lewitowały w pozycji pionowej, aż za horyzont. Wtedy się obudziłem.

    Do tej pory nie wiem co miał oznaczać ten sen, ale wiem, że później dochodziłem do siebie przez kilka tygodni, czasem nasze głowy potrafią z nami pogrywać. Tej nocy było podobnie, nie wiem co mi się śniło, albo co widziałem, kiedy na chwilę się budziłem, ale rano byłem tym bardzo zmęczony. Nie chciałem wypić nawet porannej kawy, bo miałem nadzieję, że jeszcze zasnę po południu. Nic bardziej mylnego. Od tamtej nocy nie spałem trzy dni.

    Malkontent

  • Ożywić śmierć

    W życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, kiedy musi się z kimś pożegnać, ale tak na serio. Ktoś ostatni raz ociera swoją dłoń o policzek syna, inny żegna się ze swoją babcią pocałunkiem w czoło, a jeszcze ktoś mocno zaciska oczy i powtarza „jeszcze nie teraz” jak mantrę, głęboko wierząc, że z momentem, w którym je otworzy, znajdzie się gdzieś poza tłocznym szpitalem. To dzieje się w tym momencie, nie zawsze nam, ale zawsze gdzieś.

    Pierwszy raz przytrafiło mi się to gdy miałem dziewięć lat, potem piętnaście, dwadzieścia i wiem, że zdarzy się znowu. To ponure z mojej strony, nieco też może bezczelne, wzbudzać w sobie te emocje, ale bywają takie noce jak te, kiedy śmierć spędza mi sen z powiek. Zatruwam się myślami o tym, co mogłem i co mogłoby być. Niewdzięcznie ożywiam śmierć

    Stworzyłem własne uniwersum, w którym nikt nigdy nie odszedł i nie odejdzie. Wewnętrzny raj z miejscem dla każdego, nieważne czy żyje, czy nie. Jak zepsuty odtwarzacz przewijam wspomnienia od początku, tworzę nowe i tkwię w tym miejscu, aż wydarzy się coś strasznego, bo zabawa w Boga, nawet we własnej głowie, musi skończyć się katastrofą. Spędzam tam noce i dnie, czasem nawet lata. Często zapominam o tym, że życie wokół mnie nadal istnieje i… ucieka. Ożywiam śmierć w swojej głowie, kosztem życia innych i prawdziwych momentów, które mogę na prawdę poczuć. Gdzie postawić granicę tęsknocie? W którym momencie jest za późno i jak otworzyć oczy, wiedząc, że wrócę do tłocznego szpitala? Całe swoje życie dążę do poznania większej prawdy, ale wątpię, że kiedykolwiek poznam odpowiedzi na te pytania. Nie jestem nawet pewien czy chcę.

    Gdyby nie fakt, że ktoś pożegna się kiedyś ze mną — gdybym żył wiecznie, nie mógłbym istnieć tak, jak istnieję teraz. Pojęcie nieskończoności mnie przerasta. Wszystko, co jest większe ode mnie, jest zbyt duże, abym mógł to przyjąć. Gdyby gwiazdy nie zapadały się pod własną masą i nigdy nie stworzyły supernowych, urosłyby do takich rozmiarów, że w ich nieskończoności nadszedłby koniec ludzkości. Wydaje mi się, że nawet siła wyższa musiałaby zapaść się w samej sobie. Zwyczajnie z przerażenia, że musi być wszechmocna i wszechobecna na nieskończonym niebie. Może dlatego Boga okrzyknięto martwym? Może to nie ludzkość go zabiła, a sam pod swoim ciężarem zapadł się i rozproszył po wszechświecie. Może to wyjaśniłoby, dlaczego nie żyjesz.

    Dziś w raju słońce zeżarło ziemię, bo nigdy nie wybuchło, siła wyższa obróciła się w proch, z którego powstała, a ja otworzyłem oczy i przeżyłem kolejną noc we własnej głowie. Niczego mi nie szkoda, choć nie spałem zbyt dobrze. Mógłbym oglądać z Tobą, jak świat płonie w nieskończoność.

    Grzesznik