Już prawie jutro, a ja jeszcze wczoraj. Posiałem gdzieś tę marynarkę — tę, co tak schludnie w niej dla Ciebie. Zostawiłem w niej zeszyt i zdjęcia, no wiesz, te co my tam.
Zapisałem się na tańce, we wrześniu zapomniałem. Chciałem zatańczyć w marynarce, no wiesz, co tak w niej wyglądałem. No dobrze, już dobrze, usiądę na moment.
A wiesz, że mam jeszcze gdzieś te zdjęcia z Wiednia? Nie pamiętam tylko. To nie moje łóżko, w moim lubiłem z Tobą, a tu Cię nie ma. Podasz mi, proszę?
No marynarkę, muszę coś. Chyba pióro w niej posiałem. Dziura wielka wszystko wylatuje. Wczoraj wiedziałem, a już dzisiaj. Ubierz mnie w tę, co tak w niej, dla Ciebie.
— Kacper Kurzyp
Kupiłem kiedyś marynarkę, schludną, wygodną z niewielką kieszonką w środku, idealną na mały notes. Pomyślałem, że wyglądam w niej staro, ale to jej urok. Była wygodna i pasowała do spodni, które zalegały mi w szafie. Nigdy nie zastanawiałem się, do kogo należała, gdzie i z kim była, ani kogo w niej przytulono czy wręczono kwiaty na pierwszym spotkaniu. Kto ją oddał i dlaczego trafiła akurat w moje ręce. Mam wiele ubrań z drugiej ręki i każda rzecz jest dla mnie tak samo zagadkowa. Może to zły omen, noszenie ciuchów, które są pełne czyjejś przeszłości, ale kim bym był bez tych historii na moich barkach, biodrach i głowie. Na szyi, blisko serca i na uszach jakby otulony wspomnieniami zupełnie obcych mi ludzi.
Początkowo napisałem ten post dla protagonisty, ale po napisaniu wiersza, poczułem pewien rodzaj melancholii i nostalgii, którą mógłbym przypisać tylko sobie. Choć zadaję dużo pytań i jestem ciekawski, to nie chciałbym znać prawdy, dobrze mi myśląc, że jest zupełnie tak, jak sobie to wyobraziłem. Stosuję ten mechanizm nie tylko wobec moich ubrań. Czasem niewiedza daje ukojenie, broni przed zawodem. Twój ex jest lepszym człowiekiem, twoja rodzina ma Cię za porządnego człowieka, a chłopak w autobusie patrzył na Ciebie tak długo, bo na prawdę się komuś podobasz. Deluzje, wyparcie — nazywaj to, jak chcesz. Jeśli wierzysz w wersję rzeczywistości, która Cię nie rani, to nie ma w tym nic złego, o ile jesteś w stanie zaakceptować, również wersję świata, w którym nie masz racji, a twoje odbicie w głowach innych to krzywe zwierciadło ich własnych niedoskonałości.
Theatrum Mundi! Spędza mi to sen z powiek. Graj i ubieraj używane marynarki, wcielaj się w role, oszukuj, kłam i siej postrach, ale pamiętaj, że jesteś tylko aktorem i kiedy kurtyna opada, zostajesz sam ze sobą, a Siebie nie tak łatwo oszukać.
Nigdy nie myślę o tym, co złego spotkało poprzednich właścicieli rzeczy, które posiadam. Nigdy też nie zakładam, że ludzie są źli, zakładam tylko po nich ubrania i dopisuję resztę. Bóg wie, ile zmyśliłem, a ile wydarzyło się na prawdę.
„Mam na imię Kacper, za dwa tygodnie kończę 25 lat, już nie studiuję”. Tak przywitałbym się sześć lat temu, bo wmówiłem sobie, że nie stać mnie na więcej.
Zawsze zdawało mi się, że nie warto poświęcać mi uwagi. Najbardziej bolesne jednak było to, że powiedziałem to sam, sobie i przez bardzo długi czas w to wierzyłem. Byłem przekonany, że nie powinienem dbać o swoją przyszłość, bo i tak jej nie będzie. Teraz mogę już przyznać, że uciekałem w ten sposób od odpowiedzialności, jaką niesie za sobą życie. Już nie jestem tym, co mi się przydarzyło. Sześć lat temu, napisałem, że nie lubię schematów, a wpadałem w nie, jeden po drugim i bardzo mocno się ich trzymałem. Po wyprowadzce byłem przekonany, że wiem już o sobie wszystko. Odważnie założyłem bloga i pierwszy post zatytułowałem „Kim jestem, a kim nie jestem na pewno”, a, prawdę mówiąc, nie wiedziałem wtedy nic. Ba! Po tylu latach nadal nic nie wiem i to jest piękne. Opisałem tego bloga jako moja przestrzeń, z moimi zasadami, bo tak bardzo ich nie lubię. Dziś po prostu powiem, że brakowało mi pokory. Lubiłem siebie i swoje widzimisię.
Dziś nadal trudno mi przyjąć niepowodzenia lub błędy, ale już nie jestem wobec nich defensywny. Mam marzenia i realną szansę, aby je spełnić i chyba ostatni rok mi to uświadomił. Lubię romantyzować rzeczy, kiedyś to była melancholia, teraz moja wspaniała zdolność do myślenia o życiu głębiej. Staram się uważać na to jak nazywam pewne sytuacje czy zjawiska, bo język, jakiego używam, tworzy moją rzeczywistość, a przyznam szczerze, że mam dosyć życia w negatywie.
Wydaje mi się, że nikt nie jest pewien – kim jest, a kim nie jest na pewno. Jeśli potrafimy zdrowo wyznaczyć granice w naszym życiu i otwarcie powiedzieć o swoich potrzebach, może pojawić nam się zarys tego kim jesteśmy, na co możemy sobie pozwolić, a co jest dla nas niedorzeczne. Mógłbym powiedzieć – jak bardzo kocham kolor zielony, jak często towarzyszy mi muzyka, jak czuję się kiedy napiszę coś, z czego jestem dumny, ale to też mnie nie definiuje.
Ciekawe jest też to, ile różnych wersji mnie istnieje we wspomnieniach innych ludzi. Zdaję sobie sprawę z tego, że to najmniej istotne dla mnie, ale miałem wpływ na czyjeś życie i zapamiętali mnie takiego, jaki byłem dla nich w tamtym momencie. Ja też pamiętam ich w ten sposób, te relacje na zawsze pozostaną takie same, dzięki naszym wspomnieniom, choć każde z nas jest już gdzieś daleko i teoretycznie jesteśmy dla siebie już obcy. To też jest piękne, myślenie o tym, jest jak wrzód na dupie, ale jest piękne. Sztuka rozstania z osobą i sobą. Nie zawsze było mnie na to stać, na taką postawę. Za wszelką cenę, chciałem odczarować wszystko i wszystkich, nic dziwnego, że później utkwiłem w miejscu, o którym nadal wstydzę się mówić.
Ile dni, tyle definicji mnie przebiega przez moje myśli, nie walczę z tym już, bo codziennie mogę decydować o zaczęciu czegoś od nowa, dla mnie najważniejsze jest to, że za każdym razem wybieram, aby nie szkodzić. To wiem na pewno.
Spotykamy się na nowo, to ten sam Wizjer, ale na innej platformie z nieco odświeżonym wyglądem. Jeszcze nad nim pracuję, więc pewnie coś się zmieni, ale wróciłem, bo dziś postanowiłem nie porzucać moich pasji. Jestem zdeterminowany, żeby się udało. Nie mam absolutnie nic do stracenia (poza hajsem za domenę).
wszystko płynie — wszystko jest nietrwałe, zmienne;
Wszystko płynie. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki – a no można, tylko woda nie będzie taka sama. Wiecie, to nie jest tak, że nie możemy wpakować się w taką samą sytuację w życiu, po prostu warunki będą inne. Każdy rodzi się z jakimś zasobem, w zależności od tego jak bogaty mamy ekwipunek, w taki sposób sobie radzimy. Jedni mają nóż, inni muszą użyć zębów, tym pierwszym będzie łatwiej odciąć się od niekorzystnej sytuacji, tym drugim zajmie to więcej czasu. Dlatego też czasem trzeba spróbować odciąć się od tej samej liny w różnych miejscach, próbować dotąd, aż znajdziemy słabszy punkt. Trzeba wejść do tej samej rzeki, aby zobaczyć czy tym razem prąd nam sprzyja. Powtarzanie błędów nie jest niczym złym, jednak oznaką tego, że wpadliśmy w pułapkę, jest to, że wciąż próbujemy rozwikłać problem tymi samymi sposobami.
Nasze mechanizmy obronne zawsze są po coś, każdy ma swoją funkcję, nie bez powodu noszą nazwę „mechanizmów obronnych„. Problem w tym, że każdy mechanizm trzeba albo ulepszać, albo wymienić na nowy, bo nie działa już tak jak kiedyś. To tak jak zegar, jego mechanizm z czasem się zestarzeje i zacznie nam spowalniać ten czas, choć tak naprawdę coraz więcej go upływa. Jesteśmy zwierzętami, czy jesteście gotowi się z tym pogodzić, czy nie. Nasz mózg dobrze zapamiętuje zagrożenia, pierwsza styczność z płomieniem jest niewinna, wynika z ciekawości, przy kolejnej okazji będziemy czuli tę siłę, która powstrzymuje nas przed wyciągnięciem ręki w stronę ciepła. To jeden z mechanizmów, chroniących nas przed niebezpieczeństwem. Dlaczego więc w innych sytuacjach wciąż wracamy do tego samego? A no dlatego, że czasem nasze pierwsze doświadczenie bywa pomocne, przyjemne i kojące bóle. Chcemy to powtórzyć, poczuć to samo co za pierwszym razem. Dlatego tęsknimy za ludźmi, lata po tym jak straciliśmy kontakt, pragniemy tego samego uczucia, jakie towarzyszyło nam kiedy pierwszy raz poznaliśmy miłość naszego życia. Niestety, my sami jesteśmy jak rzeka, spotykamy te same osoby, ale nasze dusze zdążyły już się odmienić, dojrzeć. Ludzie jako pojęcie się nie zmieniają, ale warunki, w jakich przyszło nam żyć i doświadczenia z ogniem, zupełnie zmieniają nasze postrzeganie bezpieczeństwa i niebezpieczeństwa.
Jesteś jak dom. To ładne słowa, miłe i kojarzące się pewnego rodzaju przystanią, spokojem. Gorzej jest kiedy mówi nam to ktoś, kto nie pochodzi ze spokojnego, pełnego miłości domu. Nie oznacza to od razu, że z nami jest coś nie tak, ale musimy odróżnić stres związany z nadciągającą katastrofą, a uczuciem spokoju. Mózg bywa zdradliwy, choć to on nad wszystkim panuje, czasem uzależnia się od pewnej chwili w naszym życiu, jednego momentu, kiedy na chwilę zapomnieliśmy o tym, co nas rani. Nauczyliśmy się, że ten sposób przyniósł nam ulgę, więc do niego wracamy. Wszystko się jednak zużywa. Kwiaty w końcu więdną, słońce zasłaniają chmury, a to do czego dążymy, już nie istnieje.
Smutna rzeczywistość, czas naprawdę weryfikuje to czy płyniemy z prądem, czy stoimy w miejscu w tej samej rzece, do której weszliśmy jako dzieci. Możemy wejść w tę samą sytuację po raz drugi, ale zanim się w nią wpakowaliśmy, przeszliśmy pewną drogę, zdobyliśmy doświadczenie, nauczyliśmy się czegoś. To dokładnie ta sama sytuacja, ale na innych warunkach. Sęk w tym, że jeśli zignorujemy znaki ostrzegawcze, że w tym miejscu rzeka jest głęboka… Cóż, utoniemy. Zadławimy się pragnieniem powrotu do tego samego, co nas sprowadziło na brzeg tej cholernej rzeki.
Może rozwiązaniem jest wędrówka obok koryta, a może to metoda prób i błędów, aż prąd poniesie nas tam, gdzie rzeczywiście powinniśmy być. Nie mam odpowiedzi, wiem, że nic nie wiem. C’est la vie, czy jakoś tak. Straciłem już poczucie czasu, osobiście wędruję w kółko. Może w końcu odnajdę ten punkt rzeki, który poprowadzi mnie tam, gdzie mam dojść. Na razie odpocznę na brzegu, będę obserwował, może się czegoś nauczę.
Pisanie raz na rok o tym, że znów się wyjebałem to nie aktualizacja, ani nadrabianie zaległości, to zwyczajnie brak profesjonalizmu ze strony zawodowego dziennikarza i blogera. Jako żaden z powyższych, nie mam też żadnych wyrzutów sumienia. Cóż mógłbym rzec, diabeł jednak straszniejszy, niż go malują. Zostało mi niewiele swobody na tym świecie, odkąd postanowiłem pozbawić się ostatnich mechanizmów obronnych i bardzo szerokich, a jednak przytulnych dróg ucieczki. I to nie tak, że narzekam czy manifestuję swoją złość na zapomnianym już portalu blogowym, choć nie ukrywam, że czuję sporo frustracji. Mam tak wiele rzeczy do powiedzenia, a jednocześnie na tyle hamulców i zdrowego rozsądku, że muszę posługiwać się kodem. Chyba to właśnie jest głównym powodem mojej frustracji, a bardzo chciałbym krzyczeć o tym, dlaczego świat jest czarno-biały, jakie głosy słyszę i o tym jak dwa razy posłałem się do piekła.
Czy każdy z nas oglądał, jako dziecko, kreskówki gdzie skalę dobra i zła przedstawiano w postaci aniołka i diabełka na ramieniu bohatera? Te małe stworki, zawsze były miniaturowymi wersjami Toma, Jerry’ego czy Kronka. Choć sam bohater tworzył piękny obraz całości, esencji człowieczeństwa, wizerunek etycznego konfliktu i tę cholerną szarość pomiędzy czernią i bielą, to nikt z nas, (a przynajmniej ja) nie wziął go pod uwagę. Istnieje dobry wybór i zły wybór. To tyle. Gdzie zatem podział się głos serca i rozumu? Gdzie decyzje, które mogą być ryzykowne, ale nie muszą, gdzie wybór, który zaprowadzi nas do miejsca, w którym będziemy musieli coś poświęcić, ale nikt nie wyjdzie na tym źle? Oczywiście gdyby mój dziecięcy móżdżek był wystawiony na tak skomplikowane konflikty duszy, mógłby się nieco przegrzać. Jednak to nic, w porównaniu z tym, w co wciągnęli mnie dorośli.
Kiedy więc zaczynamy myśleć o tym, co jest dobre a co złe? I co najważniejsze, kiedy poznajemy odpowiedź? Tak posłałem się do piekła po raz pierwszy, słuchając diabełka z aureolą, kolejnej postaci stojącej na moim ramieniu.
Od tego akapitu przejdziemy z bajkowej krainy, do nieco bardziej realistycznego miejsca. Jesteśmy nad oceanem, tylko w tym oceanie pływa parę topielców. Zakładamy oczywiście, że to rzecz normalna i raczej nikt nie zwraca na to uwagi. Zbiornik jest głęboki, ale od pewnego momentu. Na brzegu jest czysto, widać dno, a topielców brak. Mimo że nikt nie zwraca uwagi na pływające ciała, to raczej nikt nie chciałby się na nie natknąć. Jak daleko możemy odejść od piaszczystej plaży i czy brak gruntu gwarantuje nam napotkanie topielca, który wciągnie nas na samo dno? Gdzie znajdują się granice naszych możliwości, a gdzie są granice zdrowego rozsądku, kiedy popadamy w niemoc, a kiedy tracimy rozum i jest dla nas zupełnie za późno? Woda jest raczej daleko od kanonicznego obrazu piekła, ale to drugi raz kiedy się tam posłałem. Bardzo boję się głębokości, dlatego też nie mierzę swoich umiejętności w pływaniu zbyt wysoko. Ba! Powiedziałbym, że zazwyczaj jestem nadmiernie ostrożny nawet pod prysznicem. Więc po jaką cholerę, wziąłem łódkę nad ocean i postanowiłem skoczyć? Nie zrozumcie mnie źle, bo tam, gdzie nieznane, tam też nowe możliwości, np. żeby się utopić.
To jak głęboko znajdziemy się w wodzie, w większości przypadków zależy od nas. Jeśli nie zaczniemy panikować, gdy tylko stracimy grunt, to prawdopodobnie wyjdziemy z tego cało. Inaczej będzie się miała sprawa gdy stracimy grunt i nie tylko zaczniemy panikować, a obok znikąd pojawią się topielce (załóżmy, że to metafora przeszłości). Przy odrobinie oleju w głowie, użyjemy trupa jako deski ratunkowej, przy kompletnej utracie rozumu, zaciągnie on nas na dno. To właściwie metafora wszystkiego, o czym moglibyśmy pomyśleć. Przykłady mogą być różne, każde spotkanie z topielcem będzie miało miejsce w innej odległości od brzegu, a czasem podtopimy się i bez jego pomocy.
Zgubiłem się już nieco w moich myślach, ale głównie chodziło mi o to, że zanim rzucimy się na głęboką wodę, musimy poznać własne granice wytrzymałości. Chyba tak bym to ujął, co postanowicie zrobić z tym całym niepotrzebnym opowiadaniem, o ludziach na ramionach i trupach w wodzie, to już wasza sprawa.
Napisałem wcześniej, że czuję frustrację, bo chciałbym mówić o tym co mnie boli, ale muszę posługiwać się kodem. Po kilku godzinnych przemyśleniach chciałbym to nieco sprostować, bo to nie tak, że muszę, ja lubię i chcę pisać o pierdołach właśnie w ten sposób, czuję frustrację, bo utrudniam sobie komunikację.
Kończąc już, chciałbym tylko przypomnieć, o tym, żeby pilnować ilości ludzi stojących na naszych barkach, nieważne jak malutcy się wydają, bo z czasem może być ich nieco za dużo, a ich ciężar nie pomoże nam się utrzymać na powierzchni zbyt długo.
Nie będę się tłumaczył skąd ta przerwa, bo właściwie nie mam komu. Spontanicznie zajrzałem na bloggera i poczytałem stare posty (całe dwanaście). Jestem cholernie zabawny i jak zauważyła moja psycholog, świetnie potrafię poprowadzić narrację paskudnych wydarzeń, tak aby stały się one błahe lub komiczne dla potencjalnego słuchacza bądź czytelnika. To prawda, życie to teatr, a ja gram w nim każdą możliwą rolę, zwłaszcza clowna.
Tym razem jednak o rzeczach poważnych, choć w samej sytuacji nie brakuje komizmu. Uczę się nie wyciągać wniosków, nie znając każdej perspektywy, sęk tkwi w tym, że milczenie to też odpowiedź, dlatego wnioski, jakie wyciągam są takie, a nie inne jedynie dlatego, że dysponuję tylko i wyłącznie własnymi obserwacjami, a głupi nie jestem. Generalnie człowiekowi w takich momentach przychodzi na myśl tylko Zemsta. Oto pięć kroków do zemsty:
Wałkuj temat przez dwa lata tylko po to, żeby samemu dojść do wniosków, które wskazywał ci twój terapeuta i bliscy
Popłacz się
Zapomnij o sprawie
Przypomnij sobie o swoim celu, spotykając go na ulicy
Daj se siana
Naprawdę lubię dobrą zemstę, ale dobra zemsta to wyreżyserowana scena w twoim ulubionym filmie lub serialu. Robienie zamieszania nie jest hot. Co mnie pociąga to konfrontacja, rozmowa i wymiana zdań, choć bardzo się ich boję. Mszczą się złoczyńcy, natomiast główni bohaterowie dojrzewają. Ludzkie reakcje bywają zbyt impulsywne i przez to wylewa się szambo, które właściwie miało inne ujście niż nasz własny kibel. Dlatego się nie mszczę, nie jestem złoczyńcą, choć w kilku sztukach zagrałem tę rolę. Porównuję życie do sztuki i wyimaginowanych scenariuszy, bo jeśli dobrze się zastanowić, to każdy z nas patrzy na świat przez swój własny wizjer i kreuje sztuki grane na scenie życia. Moralizuję swoją sytuację nie dla nikogo innego, niż samego siebie. To moja lekcja, mój film, mój odcinek, moja scena. W tej sytuacji pozwalam sobie na egocentryzm, bo po długim czasie milczenia na rzecz innych, zasłużyłem na trochę swojej własnej uwagi. W tym epizodzie nie ma zemsty, wydarzyła się ona w innej linii czasowej, w zupełnie innym wszechświecie. Tę kwestię również poruszę, ale innym razem, sferę duchowości i przekonań chciałbym pozostawić na oddzielny post, który pojawi się za jakiś czas, o ile niczego nie spieprzę.
Jako dziecko marzyłem o karierze muzycznej. Zawsze chciałem występować na dużych scenach z własnymi piosenkami o sławie, marzeniach. W mojej małej dziecięcej głowie wszystko było takie kolorowe, mnóstwo świateł, wesołe melodie i te głupawe, wymyślone na poczekaniu teksty. Jako dorosły typ po paru życiowych fikołkach, stwierdzam, że niewiele z tych marzeń pozostało. Nie zginęły na zawsze, po prostu trochę się zmieniły. Mając już dwadzieścia jeden (21!!!) lat, nie marzę o wielkich scenach, boję się ich; w mojej głowie nie ma już zbyt wielu świateł ani radosnych piosenek. Czuję niepewność, niepokój i niemoc. Dorastając dałem się trochę po napierdalać życiu i efektem tego jest moja wewnętrzna, co dzień rosnąca, szara wizja świata. Nie spełniam się artystycznie, tak jak bym kiedyś tego chciał, ani tak jak jakbym chciał tego dzisiaj.
Porzuciłem wiele rzeczy na swojej drodze, jednak nie przestałem pisać. Pisałem od zawsze, pamiętniki, dzienniki, piosenki, wiersze, opowiadania, książki. Żadnej z zaczętych rzeczy nie skończyłem, ale pisać nie przestałem. Pisząc dziś kolejną piosenkę, napisałem:
how many songs I have to write? how much cry to feel just fine? how many nights to let you go? look, how much it takes to be in love.
Skłoniło mnie to do głębszej refleksji. Ile? No właśnie ile. Jak dużo to wszystko kosztuje, ile jeszcze będę tkwił w takim samym stanie, aż wydobrzeję? Mam czekać, aż zrozumiem? Może to właśnie jest ten moment olśnienia? Prawdę mówiąc, to poczułem się na maksa głupio. Rozejrzałem się wokół siebie i dostrzegłem spory bałagan, spojrzałem na ludzi, którymi się otaczam, wokół nich też bałagan, ale ich własny. Doszedłem do wniosku, że mój bałagan powstał tylko i wyłącznie przez to, że nieświadomie przynosiłem cudze śmieci do własnej nory. Wmówiłem sobie, że brud innych jest też moim, tylko dlatego, że widziałem to jak śmiecą. Na terapii doszedłem do wniosku, że moje powroty do zdrowia, synchronizują się z moją chęcią do sprzątania bałaganu w moim pokoju. (Tego prawdziwego, niementalnego). Terapeutka zaleciła mi zrobić z myślami to samo, co robię sprzątając. Co moje i potrzebne, mam ułożyć sobie to tak, żeby był porządek, co niepotrzebne to do wyjebania. Posprzątanie mentalnego bałaganu nie jest jednak takie proste, nie jest to zajęcie na jedno sobotnie popołudnie, ale na tygodnie, a nawet miesiące.
Przede mną długa droga, ale na jakiejś jestem. Pierwsze wnioski po dzisiejszych przemyśleniach? Nie chcę wszędzie nosić ze sobą śmieci, to odstrasza. Nie chcę być kojarzony jako typ ze złamanym sercem, który nigdy się nie pozbierał, nie chcę, żeby smród przeszłości ciągnął się za mną aż do usranej śmierci. Nie chcę tak żyć.
Cóż za dramatyczne zakończenie posta… Get your shit together, bitch.
Ostatni post opublikowałem w maju, niedługo po tym, moje życie wyjebało się o sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko. Poszło. Nie. Tak. Mamy październik, co oznacza już, że przeżywamy moją ulubioną porę roku, a mianowicie — jesień. Dokładnie w tym momencie kiedy to piszę, powinienem robić notatki na zajęcia, bo dostałem się na studia. Mój trzeci kierunek, w którym pokładam największe nadzieje. Jednak nie potrafię się ostatnio skupić. Nie mam zamiaru tłumaczyć tego wszystkiego, co się stało, ponieważ to pozostawiam w rękach terapii.
Nie za bardzo wiem, jak to ubrać w słowa, ale po głowie chodzi mi pewne pojęcie wolności i to jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy, że mamy jej tak mało oraz jaka niebezpieczna potrafi dla nas być. Każdy mały kroczek w życiu to kolejny wybór, z jednej strony to wskazuje na wolność, właściwie na wolną wolę człowieka, ale z drugiej strony wybory nas ograniczają do jednej wybranej przez nas ścieżki. Potem jesteśmy stawiani przed kolejnym wyborem — iść dalej, czy może zawrócić i pójść inną drogą? Kwestionuję tu człowieczą wolność, która przede wszystkim jest ograniczona czasem, ale z drugiej strony uświadamiam, że nadal ją mamy. Złotym środkiem jest chyba możliwość powrotów, które też mogą stać się dla nas kłopotliwe. No bo przecież panta rhei! Nic nie zostaje takie samo. Zmiana kierunku w naszym życiu nie oznacza porażki ani upadku, staje się tylko niewielkim ciężarem dodanym do naszego, i tak już dużego bagażu doświadczeń. Powracając do pewnych miejsc, nie pozbywamy się wspomnień, doświadczeń ani odpowiedzialności, po prostu idziemy z nimi gdzieś indziej.
Wolnością, tak jak wodą możemy się zachłysnąć. Skoro nam wszystko wolno, to dlaczego z tego nie korzystać? Ano dlatego, że z wolnością w parze idzie nierozwaga. Kiedy w dzieciństwie postanowiłem puścić kierownicę, jadąc na rowerze, szybko straciłem równowagę i po upadku została mi dosyć spora blizna. Wstałem, pojechałem dalej, rana się zagoiła, ale nadal mam ją na sobie, nadal przypomina mi o czymś nieprzyjemnym. O ile blizny nie są niczym złym, a doświadczenie może być czynnikiem kształtującym naszą osobowość, to czasem warto się zastanowić, czy wybory, jakich dokonujemy, nie pozostawią nam konsekwencji, które będą nam ciążyły, a właściwie czy damy sobie z nimi radę.
Zupełnie wolni możemy być w swojej własnej bańce, w przestrzeni stworzonej przez nas samych, gdzie rzeczy, ludzie oraz sytuacje są nam już znane. Wychodząc z bańki, nie jesteśmy wolni w stu procentach, mimo że paradoksalnie jesteśmy.
Nie chcę wyjść na frajera, który straszy przed korzystaniem z życia, bo przyznam, że moje przemyślenia nijak mają się do tego, jak żyję na prawdę. Lubię tak czasem poszukać problemu tam, gdzie go nie ma i postraszyć się czymś, czego nie trzeba się bać. Sprzeczność mam w naturze. Bardzo dawno nie miałem czasu dla siebie, na wewnętrzną rozmowę ze samym sobą, a przynajmniej nie w taki sposób. Lubię pisać, to moja odskocznia i sposób na wyrażenie czegoś, co bardzo trudno przychodzi mi w prawdziwym życiu. Poza głupawymi żarcikami i narzekaniem na świat mam o wiele więcej do powiedzenia. Jeszcze się uczę tego, jak wyciągnąć tę część mnie na zewnątrz. Tutaj jednak mnie nic nie goni, nie chcę udowadniać nikomu, że jest mnie więcej.
Kupiłem sobie farbki. Ładne, 12 podstawowych kolorów dla początkujących za całe siedem pieniążków. Odkryłem ich terapeutyczną moc, zaraz po ich otworzeniu, a jednego dnia spędziłem ponad cztery godziny na uspokajaniu się za pomocą moich dwóch ulubionych pędzli. To fajna zabawa, bo to już nie jest zadanie do wykonania na plastyce, to moja własna chęć spróbowania czegoś nowego i sprawdzenia mojej kreatywności. Tego dnia kiedy je kupiłem, poszedłem właściwie po chleb tostowy i kilka rzeczy, których już za bardzo nie pamiętam, ale pamiętam, że stałem obok farbek i innych przyrządów malarskich i myślałem o tym długo. Kacper nie masz pieniędzy, przestań. Ale właściwie to nigdy ich nie miałem, a jakiś już czas o tym myślałem i pojawiła się myśl — Nigdy nie będziesz ich miał na to, żeby kupić sobie farbki. Wrzuciłem szybko paletę, kilka pędzli i blok do koszyka, po czym poszedłem do kasy. Jeden moment, jedna decyzja i tyle spokoju Pieniądze to jedna z tych rzeczy, które się zazwyczaj ma w większej lub ujemnej ilości, ale jakimś cudem nigdy nie mamy ich na rzeczy, o których po cichu marzymy. Znalazłem te siedem złotówek i nawet tego nie odczułem w portfelu, ale zdecydowanie poczułem w duszy swego rodzaju ulgę.
Podobną sytuację przeżyłem dziś, będąc w secondhandzie. Odkąd pierwszy raz się tam udałem, ukradkiem zerkałem na wyblakłe, kolorowe okładki winyli, które stały w małym plastikowym koszyku. Zawsze sobie ich odmawiałem. Dziś po kilku godzinnym dobijaniu się na fotelu, w pełnym słońcu pomknąłem z prędkością dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę na hulajnodze w poszukiwaniu rozwiązania moich problemów. Niczego nie znalazłem, ale po drodze kupiłem sobie cztery stare i zużyte płyty winylowe, żeby zrobić sobie przytulny kącik malarski w moim pokoju i powiesić je nad biurkiem. Postanowiłem jednak nie być ignorantem i zobaczyć co kupiłem. Nie mam gramofonu, ale jako nowoczesny dwudziestolatek, posiadam spotify. Wpisałem tytuły piosenek, które znajdowały się opakowaniu i kochani… Co to za muzyka! Pierwsza duża płyta zawiera zbiór piosenek imprezowych dla dzieci, druga mała to piosenka Don’t Cry For Me Argentinai jest ona PRZEPIĘKNA! Na trzeciej, też małej płycie znajdował się utwór zespołu Slade How Does It Feel, który jest jedną z piosenek tworzących soundtrack do filmu Flame, w którym grają członkowie zespołu. Powiem szczerze, że nie jestem fanem starej muzyki, ale zarówno ta piosenka jak i reszta utworów tego zespołu są czymś, czego zdecydowanie chcę słuchać! (Oczywiście, film też mam zamiar obejrzeć.)
Patrząc z perspektywy czasu, to wiele było takich momentów w moim życiu. Momentów typu „A weź, zrób tak, zobaczymy, co się stanie”. Przypomina mi to o tym, że zastanawianie się nad wieloma rzeczami, nie da mi rozwiązania. Sprawdzanie swoich możliwości to nie myślenie o tym, co możemy, a czego nie możemy. To przekonywanie się o pewnych sprawach na własnej skórze, ryzykowania, lub jak w skoku na bungee, zwyczajnego rzucenia się w coś, czego nie do końca jesteśmy pewni. Ale czy ja tak robię? No oczywiście, że nie. Jedak od gonitwy myśli wolę od czasu do czasu przypomnieć sobie, że pewnych rzeczy po prostu nie będę w stanie zrobić bez tego skoku w otchłań i od czasu do czasu zmienić swój dzień choć odrobinę, aż do tego momentu kiedy będę gotowy żyć tak, jak zawsze chciałem.
Zdjęcia są ciut nie po kolei, ale to dlatego, że chciałem, żeby to z płytami było zdjęciem nagłówkowym 😩
Wizjer, tak jak każda rzecz, jakiej się podjąłem, był pewną zakładką mojego życia, punktem zmiany. Nie liczyłem, że odniesie to sukces, chociaż po cichu miałem nadzieję, że w końcu robię coś, czego nie porzucę. Na tym etapie życia, sukcesem nie byłaby popularność ani rozgłos, a stabilność. Wizjer się jej nie doczekał, zarówno jak i moje poprzednie trzy blogi oraz poezja. Co jednak ciekawe, wszystkie te rzeczy mają wspólny mianownik. Pisanie. Daje mi to dosyć spore uczucie uwolnienia. Aktualnie piszę piosenki, do szuflady i dla znajomych, dla własnego spełnienia. Choć uważam, że nie jestem utalentowany, to mogę być szczęściarzem, któremu przez przypadek wpadnie dobry pomysł do głowy. Brak mi wiary w siebie i chyba jestem w stanie to przyznać, jednak to wcale nie powstrzymuje mnie od życia w chmurach i marzeniu o cudownej rzeczywistości, na moje nieszczęście, tak wysoko jak potrafię się wznieść, tak samo szybko potrafię upaść, czasem z podwójną siłą. Po dwudziestu latach życia człowiek przyzwyczaja się do takiej kolei rzeczy, a jednak też bardzo się męczy.
Miałem trzymać się myśli, że nie potrzebuję zasad jeśli chodzi o to co robię dla rozwoju. Napiszę kiedy chcę, zostawię, a potem znów wrócę. Zamienia się to w niemały paradoks, ponieważ czuję wyrzuty sumienia przez to, że tak robię. Mój buntowniczy umysł z drugiej strony nie pozwoli robić mi niczego na siłę. Może kiedyś znajdę ten swój złoty środek, mam tylko szczerą nadzieję, że nie będzie już na nic za późno. (Szybka zmiana myśli) Postanowiłem nie skasować poprzedniego zdania, dla własnego przypomnienia sobie, że w sumie to na nic nie będzie za późno, dopóki nie skończy się mój czas na ziemi. Mam w sobie tę dziwną presję osiągnięcia czegoś w młodym wieku. Należy zacząć zastanawiać się, czym jest „młody wiek”, kiedy się on kończy i dlaczego do cholery nie mógłbym nadal rozwijać się po czterdziestce? Presja, o której wspomniałem, ma pierwsze źródło w kulturze, a drugie we mnie. Tylko, które z nich jest silniejsze? Marzę o zerwaniu ze stereotypami, ale jestem swoją własną blokadą.
Pierwszy i drugi akapit zamienił się w jedną wielką chaotyczną myśl o rozwoju, marzeniach i przemijaniu, a ja aktualnie nie wiem, o czym chciałem napisać. Witajcie w moim świecie. Chociaż może zostawię to, tak jest, niech będzie, niech istnieje i niech stanie się wirtualną kartką papieru, której tym razem nie zgniotłem i nie wyrzuciłem do kosza.
Zdjęcia w poście zrobiłem wczoraj i jestem z nich bardzo dumny, dlatego postanowiłem je tu zamieścić.
Chcę zniknąć na zawsze. Mocne słowa jak na dwudziestolatka, ale co mam dokładnie na myśli?
Człowiek statystycznie potrzebuje ok. trzydziestu minut, aby ochłonąć z negatywnych emocji. Co za tym idzie, moje „na zawsze” może potrwać właśnie tyle. Każda osoba, która zmaga się z czymś trudnym w życiu, chociaż raz tak pomyślała, lub jest na tyle stabilna, że kontroluje swoje myśli na tyle, by nie wpuszczać do swojej głowy myśli-śmieci, za co te osoby bardzo podziwiam. Jak się domyślacie, nie jestem jedną z tych osób. Czasem mam wrażenie, że na świecie są dwa typy ludzi, a ja jestem tym trzecim. Choć może to zabrzmieć jak wyróżnienie, to wcale nie czuję się wyróżniony, a raczej przyćmiony wszystkim dookoła. Zgaszony, zdeptany i zwyczajnie schowany gdzieś poza zasięgiem innych. Chcę zniknąć na zawsze. Czasem serio chcę, czasem chcę tylko zniknąć na te trzydzieści minut. Pod warunkiem że całe moje ciało i umysł zresetuje się, oczyści ze wszystkich skutków stresu i kiepskich wyborów w życiu. Trzydzieści minut w miejscu przeciwnym do ziemi. Gdzieś gdzie nie ma nic i kiedy ja się tam pojawię, też nie będzie nic.
Jako ludzie, czasem chcąc lub nie chcąc, analizujemy pewne rzeczy, głównie innych ludzi. Widzimy, łączymy fakty i dochodzimy do wniosków. Proste. To, co przychodzi nam trudniej to analiza siebie. Mówi się, że nikt nie zna nas lepiej niż my sami. Chcielibyśmy. Jeśli jest coś bardziej skomplikowanego niż pojęcie czasu lub wielkości wszechświata to, jest to definicja własnego ja. Jedyne co wiem o sobie to, to że jestem pełen sprzeczności. Co ani trochę nie pomaga mi zrozumieć czegokolwiek. Zniknąć na zawsze, to jedna z nich. Kiedy czuję się zbyt zdezorientowany i przytłoczony różnymi bodźcami, chcę uciec, ale nie mam gdzie. Żeby lepiej zobrazować wam ten stan — wyobraźcie sobie ocean. Ocean i siebie pośrodku niego, bez łodzi ani dmuchanych kółek, bez horyzontu. Nie ma gdzie uciec. Moja wewnętrzna walka polega na tym, że wierzę w to, że gdzieś dopłynę, lub ktoś wyciągnie mnie za kilka minut, ale nie mam już siły i… nie umiem pływać. Dlatego tkwię gdzieś pośrodku.
To wszystko, to tak zwane myśli-śmieci, mamy je, choć są bezużyteczne i tylko przeszkadzają, ale nie pozbędziemy się ich, są jak te 5 koszulek zalegających w szafie, które jeszcze kiedyś założymy, a prawda jest taka, że to brzydkie koszulki i nie chcemy ich nosić, ignorujemy je i kiedy czas włożyć tam nowe rzeczy, okazuje się, że nie mamy już miejsca… No ale przecież ich nie wyrzucimy. To właśnie robimy z myślami, jednak z nimi jest na tyle ciężko, że nie możemy fizycznie wziąć ich w ręce i oddać. Dostanie się do nich, wygląda jak otwieranie żelaznej skrzyni papierowym nożykiem i trwa (niestety) trochę dłużej niż trzydzieści minut.
Nie mogłem spać, bo przez moją głowę przechodziły dziesiątki myśli i tekstów, których mógłbym użyć do nowego posta, zapomnianego już bloga. Wziąłem do ręki telefon i piszę właśnie ten wstęp. I wiecie co? Nie pamiętam choćby początku, ani jednego z tych tekstów, co więcej nie mam ani jednej myśli, na której mógłbym się skupić i skleić coś, co byłoby warte czytania. Zapominam dosłownie o wszystkim, za to ze szczegółami mogę opowiedzieć wam sytuację sprzed kilku dni, kiedy to na badaniu lekarka dosłownie nakrzyczała na mnie, bo nie miałem pojęcia jak się ustawić do cyfrowego rtg. klatki piersiowej. Wspomnienia, które przyprawiają mnie o ścisk mózgu, pamiętam doskonale i jak czasami o nich myślę, to zapominam zakręcić gaz w kuchence na kilkanaście minut, tym samym narażając życie kilkuset osób w moim bloku. Przysięgam, że jeśli istniałoby prawo zakazu niektórym osobom, samodzielnego i niekontrolowanego życia, to ja właśnie byłbym pod takim zakazem z uzasadnieniem, że mój mózg nie jest w pełni przystosowany do takiej egzystencji, a jego nadużycie grozi wybuchem (dosłownie i w przenośni).
Żartuję sobie, ale jestem w takim okresie, że dużo się dzieje i nie do końca funkcjonuję tak, jak powinienem. Zmiany dotykają nas bez przerwy, jeśli jednak zbierze się ich zbyt dużo, w krótkim odstępie czasu to jesteśmy jak zombie, nie dość, że nie radzimy sobie z podstawowymi czynnościami przez stres, to nasz mózg stale szuka zaczepki i prosi się o uśpienie.
Ile ja bym dał, żeby móc sobie spokojnie robić te same rzeczy, wśród tych samych ludzi i zawsze z tym samym uśmiechem na twarzy… Chociaż, zbyt szybko się nudzę, więc i tak by nie wypaliło. Ale to ciekawe, nikt nie cierpi zamieszania i życia w stresie, ale nie wiem, czy ktokolwiek z nas wytrzymałby, żyjąc praktycznie tak samo, aż do usranej śmierci. Nie lubimy zmian, ale są przełomowe. Jesteśmy ciekawskimi zwierzętami, więc ciągle pchamy się w nieznane sytuacje, żeby zobaczyć, jak to jest. Ja na przykład jestem ciekawski. Lubie próbować różnych rzeczy. Co by to nie było, sam muszę sprawdzić, jak to jest, dlatego też nie warto dawać mi ostrzeżeń ani rad, bo i tak nie posłucham. Nie chodzi nawet o duże rzeczy jak dobrowolny skok z 90m z liną przywiązaną do nóg (tak zrobiłem to i jestem z siebie piekielnie dumny), ale na przykład sprawdzenie nowego smaku herbaty lub ciastek. To może być przełomowy krok. Ta herbata i te ciastka mogą stać się naszymi ulubionymi smakami, których potrzebowaliśmy, lub gwoździem do trumny, bo byliśmy uczuleni na jakiś ich składnik. Nie, nie staram się przekazać wam swojej paranoi, którą ostatnio miewam, a zmierzam do tego, że zmiany są super potrzebne, żebyśmy nie zwariowali… lub zwariowali na chwilę, żeby móc się potem cieszyć naszym zwyczajnym życiem.
Możemy coś zmienić sami, aby było ciekawiej. Na zmiany nie zawsze się czeka. Od wyglądu przez cechy i otoczenie po marzenia, opinie i przyszłość. Możemy dosłownie wypieprzyć nasz świat do góry nogami. Jedyne czego nie możemy zmienić to, to co już jest za nami. Kiedy zamykamy pewny rozdział w naszym życiu, właściwie kiedy po prostu mija czas, zamykają się za nami drzwi, których nie da się niestety otworzyć. Jednak to wcale nie oznacza, że jesteśmy w pułapce. Nadal możemy biec i kształtować swoją rzeczywistość, tylko nie za pomocą tego co jest za drzwiami, które właśnie zamknęliśmy. Mówię tu raczej o błędach, osobach i sytuacjach, które już nie mają znaczenia lub były dla nas na tyle okropne, że nie możemy, tak jak ja, przez nie spać, o życiu i rzeczach, których już nie ma, które zostały za drzwiami. Dlatego myślenie o pani doktor, ani mi nie pomoże, ani niczego nie nauczy, może z wyjątkiem tego, jak ustawić się do zdjęcia. Ona już na mnie nie nakrzyczy, bo na 99% już nigdy się nie zobaczymy. Pan, któremu pokazałem zły pociąg, pewnie już jest daleko, a pani, której dałem z pięści w ramię, gdy zakładałem bluzę, może ma siniaka, ale nie żal do mnie, bo przecież powiedziała, że nic się nie stało. Jednak jeśli mamy czerpać naukę z błędów i złych rzeczy w naszym życiu to pamiętajmy, co niesie ze sobą ta nauka, a nie sytuacje, które nas zmusiły do wyniesienia pewnych wniosków.
No proszę, a jednak coś napisałem… Mam nadzieję, że mój przekaz jest jasny i ktoś, chociaż się uśmiechnie, czytając o tym, jak biję starsze kobiety na ulicy.
Rasizm – zespół poglądów przyjmujących wyższość jednych ras nad drugimi. Przetrwanie tych „wyższych” ras staje się wartością nadrzędną i z racji swej wyższości dążą do dominowania nad rasami „niższymi”. Rasizm opiera się na przekonaniu, że różnice w wyglądzie ludzi niosą za sobą niezbywalne różnice osobowościowe i intelektualne. (Wikipedia)
Tę definicję rasizmu znajdziemy na pierwszej stronie po wyszukania tego słowa w Google. Ogólna, prosta do zrozumienia definicja i choć samo zjawisko jest niepojęte, to myślę, że każdy wie, czym jest. Chciałbym nie musieć pisać tego posta, a zamiast tego udawać, że nie istnieję do mojej kolejnej życiowej porażki, jednak czuję obowiązek napisania tego co myślę, czuję oraz aby uświadomić i zebrać ostatnie wydarzenia w jeden prosty post.
George Floyd 46-letni czarnoskóry mężczyzna, ginie na skutek uduszenia przez policjanta. Cała sytuacja miała miejsce w Minneapolis, USA, 25 maja 2020 roku, kiedy to Floyd został oskarżony o posługiwanie się fałszywym czekiem o wartości 20$. Po zgłoszeniu, na miejsce, po ok. 17 minutach przybyło czterech funkcjonariuszy, brzmi to jak zwyczajna sytuacja, która mogła mieć miejsce wszędzie i zdarzyć się każdemu, różnica jest taka, że wraz z ich przybyciem George’owi Floydowi zostało ok. 10 minut życia. Przyciśnięty kolanem do ziemi błagał o niezabijanie go oraz wyraźnie oznajmiał, że nie może oddychać. „I can’t breathe” to były właśnie ostatnie słowa Floyda. Sekcja zwłok potwierdziła, że po ponad 8 minutach przyciskania kolanem szyi, przez funkcjonariusza policji, nastąpiło uduszenie mężczyzny. Na ten moment, wszyscy czterej policjanci biorący udział w tej akcji zostali zwolnieni ze swoich stanowisk oraz oskarżeni. Od tego momentu w USA, we wszystkich 50 stanach rozpoczęły się protesty oraz zamieszki, trwają one do dziś. Na plakatach protestujących widniały napisy „Black Lives Matter” na znak sprzeciwu rasizmowi oraz agresji policji wobec ludności, zwłaszcza czarnoskórej. Protesty dzieliły się na pokojowe oraz te o charakterystyce zamieszek. Wobec ludzi obu grup nadal stosowano przemoc, aresztowano, bito oraz rozpylano gaz łzawiący, bez względu na ich zachowanie, bez względu na to czy krzyczeli, czy klękali. Jakby celem władz było pozbycie się „problemu”.
Trudno jest mi zrozumieć tę sytuację, jak wiele innych, bo to, co opisałem wyżej, to tylko mała część przejawów rasizmu. George Floyd nie był pierwszą ofiarą i niestety, prawdopodobnie nie ostatnią. Jednak z pewnością jego śmierć była momentem, w którym cierpliwość moja jak i wielu innych ludzi się skończyła. To nie w porządku, zabijać z powodu swoich chorych uprzedzeń i stereotypów, z braku szacunku i empatii dla drugiego człowieka. Obserwując wydarzenia z ostatniego tygodnia, protesty w USA jak i w innych krajach, pękało mi serce. Ludzie wyszli na ulicę razem, bez względu na ich kolor skóry, narodowość, płeć i orientację, wszyscy domagali się sprawiedliwości. Tworzyli jedność! Pokazali, że można stanąć ramię w ramię jeśli ma się wspólny cel. Piękny obraz, ale za nim stoi coś więcej, coś, co nie powinno mieć miejsca, a jedność powinna być oczywista. Jestem w pełni świadomy, że nigdy nie zdołamy stworzyć utopii, wiem to. Ale czy możemy, chociaż spróbować stworzyć coś, co nie będzie wymagało ofiar i walki o ludzkie prawa?
Sam niewiele mogę zrobić, ale jednak coś mogę. Chciałbym pokazać, co WY możecie zrobić, aby pomóc, oraz czego NIE robić.
CZEGO NIE ROBIĆ:
• Nie milczeć. Milczenie może być odebrane jako zgoda i akceptacja tego co się dzieje.
• Nie rozpowszechniaj nieprawdziwych informacji. Media wystarczająco manipulują swoimi odbiorcami.
• Nie używaj sformułowania „All Lives Matter”. Po prostu nie. To objaw ignorancji i próba odwrócenia uwagi. Tak, twoje życie również ma znaczenie, jednak twoje przywileje zapewniają ci, o wiele więcej bezpieczeństwa niż możesz sobie wyobrazić. Teraz pomocy potrzebuje ktoś inny.
CO ROBIĆ:
• Edukuj się na tematy, które nie są ci znane! Szukaj informacji i sprawdź, co możesz zrobić i jak powinieneś zachowywać się w danej sytuacji. Mogą to być artykuły czy strony internetowe, ale również filmy na YouTube lub dokumentalne!
• Mów głośno o tym co się dzieje. Może to nie prawdopodobne dla ciebie, ale „Milion składa się z groszy„. Wielu ludzi mówi, że zwykły hashtag nic nie znaczy. Znaczy, dla wielu ludzi znaczy on bardzo dużo. Napisz o tym jak się z tym czujesz, okaż wsparcie!
• Jeśli zamierzasz iść na protest, zachowaj środki ostrożności! Zabierz jedzenie i picie, w obecnej sytuacji warto zadbać też o zdrowie, więc zachowaj odstępy i wszelkie środki ostrożności! Warto też ukryć znaki rozpoznawcze, ubrać wygodne niewyróżniające się ubrania oraz spiąć włosy i jeśli masz wadę wzroku — nie zakładaj soczewek. Ponadto odradzam chodzenia tam samemu, umów się z kimś i nie oddalaj się za bardzo. Ważne będą również dokumenty i apteczka!
• Podpisz petycję! W Internecie krąży ogromna masa petycji, które czekają na twój podpis! Co więcej, nie tylko te sprzeciwiające się rasizmowi, możesz być jedną z miliona osób, które podpisują się pod swoimi przekonaniami. Im nas więcej, tym większa jest szansa, że będziemy zauważeni! Oto przykłady petycji, dotacji oraz sposoby na pomoc:
Ten post pisałem długo, ale robiłem wszystko by go skończyć, milczenie to nie pomoc. Mam swoją małą platformę, której mogę użyć do czegoś dobrego. Zachęcam was do podania tych informacji dalej, lub wypowiedzenia się samodzielnie, a przede wszystkim do sprawdzenia linków z petycjami. Poza tym zachęcam do bycia bardziej otwartym… Trudno jest zmienić swoje przekonania oraz wartości, rozumiem, ale nie krzywdźmy. Okażmy sobie szacunek i trochę empatii, bo choć nie stworzymy świata idealnego, to zawsze możemy sprawić, że będzie on odrobinę lepszy.