Autor: Kacper Kurzyp

  • Bardzo chaotyczny post. (Tylko dla znudzonych)

    Bardzo chaotyczny post. (Tylko dla znudzonych)

         Wszyscy dobrze znamy to uczucie, kiedy musimy coś zrobić, ale nie mamy na to najmniejszej ochoty. Właściwie to nie mamy ochoty na nic. Nikt z nas nie lubi się zmuszać, ani wychodzić z własnej strefy komfortu. To jak wychodzenie z ciepłego łóżka w chłodny zimowy poranek, tylko po to, aby dotrzeć do szkoły lub pracy. Fakt zdobywania wiedzy czy nabywania umiejętności wcale nie pomaga i nie motywuje, a tylko obrzydza nam wszystko, co z tym związane. Brzmi znajomo, prawda? Witamy w dorosłym życiu. 
        Najgorsze jest to, że mam wystarczająco energii fizycznej na zrobienie tego wszystkiego, ale jestem zupełnie pozbawiony energii psychicznej. To po prostu za dużo. Mózg można porównać do przeglądarki internetowej – 17 otwartych kart, 4 są zamrożone i nie wiadomo skąd słychać muzykę… (mem)
         To nie tak, że pracuję codziennie i jestem przemęczony, więc potrzebuję odpoczynku. Nie robię dosłownie nic i jestem wykończony tak, jakbym miał zaraz odejść na emeryturę. Mało rzeczy mnie ostatnio cieszy, a moja niechęć do wszystkiego sprawia, że czuję się tylko gorzej. Goni mnie czas, brak pieniędzy podstawia nogę, a zbliżające się kolokwia i sesja ustawiają ostre sztylety, ostrzem do góry, w miejscu gdzie upadnę. 
    […]
    umarł malkontent pod brzydkim niebem,
    niczego nie lubił,
    dlaczego?
    nie wiem.
         To chyba mój ulubiony cytat ze wszystkiego, co w życiu napisałem, co by się nie działo, on zawsze opisuje mój stan. Narzekanie to tak głupie zjawisko, nie dość, że zazwyczaj jest po prostu bezpodstawne, to jeszcze narzekając, za bardzo skupiamy na samym problemie niż na rozwiązaniu go. Czasem tylko po prostu trzeba to zauważyć i małymi krokami zacząć wykonywać nasze obowiązki. Potem jest już z górki, rzucamy się w wir zajęć i nie mamy za bardzo czasu na narzekanie. Nie jest to łatwe, bo z drugiej strony trzeba pamiętać, żeby się nie przepracować i pozwolić sobie na chwilę relaksu. Tutaj natomiast koło się zatacza, ponieważ nie można się za bardzo rozleniwić. Takim oto sposobem doszliśmy do wniosku, że życie to jedna wielka pogoń za równowagą. Co prawda nadal nie wiem, co z tym faktem zrobić ani od czego tak naprawdę zacząć, ale to zawsze jakiś punkt zaczepienia.
         Tak czy inaczej, mimo dłuższej przerwy (po dwóch postach yeehaw) wróciłem i mam się trochę lepiej. Skąd ta przerwa i o tym dlaczego nie podjąłem się wyzwania systematyczności, można przeczytać w moim drugim poście (Kiedy znów ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej). Natomiast w przyszłości, kiedy już oswoję się z moją działalnością na blogu, może rozszerzę trochę ten temat i porozmawiamy wtedy o konkretnych uczuciach towarzyszących mi i wielu ludziom podczas „życiowej blokady”.
  • Kiedy znowu ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej

    Kiedy znowu ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej

         Wena i motywacja to te rzeczy, które najtrudniej mi pojąć, a najbardziej niepojęte w nich jest to, że pojawiają się i znikają jak randomowe myśli w głowie. Jednak są ludzie, potężni władcy własnego losu, którzy potrafią utrzymać te dwie rzeczy przy sobie bez względu na okoliczności. To bardziej zadziwiające niż dwunastotygodniowy płód potrafiący robić salto…
         Czasem mam takie momenty, kiedy mój umysł jest spokojny, a emocje nie rywalizują na karuzeli o to, która wypadnie pierwsza. Wtedy planuję. Planuję bieżący lub następny dzień, wiem, co, kiedy, i o której chcę zrobić, a w międzyczasie myślę o tym jak się rozwijać, rozważam pomysły na wiersze, zdjęcia, może jakieś inne ciekawe zajęcia. W tym czasie również obserwuję różne rzeczy, zagłębiam się w nie, potem idę spać z czystym sumieniem, że dałem z siebie wszystko. STOP. 
         Rano dzwoni budzik. Szósty z kolei, bo poprzednie wyłączyłem. Jestem spóźniony, wypijam szybką kawę i biegnę na przystanek. Pięć minut spóźnienia (nie najgorzej). Siadam w ławce, próbuję notować, ale zgubiłem się po pierwszym zdaniu. Spoglądam na zegarek po godzinie pustego patrzenia na wykładowcę. Minęło 10 minut. Kurwa. Sytuacja powtarza się przez najbliższe kilka godzin. W międzyczasie robię przerwy w myśleniu, wypalam papierosa przed wejściem i wypijam kolejną kawę. Koniec zajęć. Do autobusu 30 minut, bo poprzedni przejechał przed moim nosem gdy przechodziłem na pasach. Trudno, idę pieszo. Do domu docieram kiedy już jest ciemno. Jem śniadanie, szybka kąpiel i kładę się do łóżka. Oglądam kota, który utknął w kartonie i to moja jedyna rozrywka tego dnia. Patrzę na zegarek: 02:35. Kurwa. Kładę się spać. Taki dzień zapętla się przez najbliższe 3 tygodnie. A ja dawno zapominam o tym co sobie zaplanowałem, czym jest motywacja i że miałem jakąkolwiek wenę twórczą…
    Możecie nazwać to złym dniem albo po prostu pechem. Ja nazywam to moim życiem.
        Chciałbym tak kiedyś dostać szansę na zrealizowanie planów, na napisanie czegoś cholernie dobrego, zrobienie sobie takiego zdjęcia, że zawiesi Instagrama na godzinę, albo chociaż na chwilę świętego spokoju w życiu, takiego, którego nie zniszczy dźwięk powiadomienia w telefonie lub przypomnienie sobie, że ostatnie dwa złote wydałem na zdrapkę, w której nic nie wygrałem.
        Nie opisuję tego, żeby się wyżalić (kłamstwo), a po to, żeby zobrazować to dziwne zjawisko pojawiania się i znikania motywacji. Jednego dnia jesteśmy panami własnego losu, a drugiego, oraz kilka kolejnych, jesteśmy tymi, którzy stoją na drodze spadającej ptasiej bomby. Jeśli szukacie odpowiedzi na to „dlaczego?”, to tu jej raczej nie znajdziecie. Ja jestem od tego, aby dać wam poczucie tego, że nie jesteście sami. Jednak, jeśli to nie dotyczy ciebie, bo jesteś zmotywowany i pełen energii. Go fuck yourself.
    K.
  • Kim jestem, a kim nie jestem na pewno

    Kim jestem, a kim nie jestem na pewno

         „Mam na imię Kacper, za miesiąc kończę 19 lat, studiuję.” To najgorsze przywitanie, jakie mógłbym tu opublikować, ale jak na razie jedyne, jakie wpadło mi do głowy. W zasadzie tyle wystarczy, wystarczy, bo blog ma się trochę kręcić wokół mnie, moich spostrzeżeń i spojrzenia na świat. Po prostu poznacie mnie z czasem. Dlatego nazwałem go „Wizjer”, czyli Spojrzenie na otaczające mnie środowisko zza drzwi mojego świata. Zawsze z przymrużeniem oka. Czujecie ten wysiłek włożony w wymyślenie tego? Dawno myślałem, że moja kreatywność puka gdzieś od spodu dna, które od pewnego czasu eksploruję, a tu proszę! Mamy 10 listopada 2019 roku, godzinę 00:43, a ja piszę swój pierwszy post. Ostatnio tak dumny z siebie byłem, gdy naprawiłem samodzielnie pralkę…
        No dobrze, ale skoro już wiadomo, kim jestem, to warto zaznaczyć, kim na pewno nie jestem. Otóż nie jestem kimś, kto lubi schematy, dlatego to miejsce będzie ich w pewnym sensie pozbawione. Nie chcę i nie będę trzymał się zasad pisania bloga (jeśli takie istnieją), systematyczności ani zatrzymywał swoich prywatnych spraw dla siebie, to nie w moim stylu. Będę starał się stworzyć tu jak najbardziej swobodną atmosferę. Mam zamiar dzielić się rzeczami oraz uczyć się od potencjalnych czytelników o życiu. Nie jestem też kimś, kto jest doświadczony w pisaniu, oraz nie mam wiedzy na temat wszystkiego, dlatego nie traktujcie mnie ani moich wpisów w 100% na poważnie.
    Czy się uda? Oby nie. Nie mam zamiaru w przyszłości tłumaczyć się z głupot, które tutaj nawypisuję…
        Na razie to tyle. Skrzyżujmy palce i miejmy nadzieję, że nie zniknę po napisaniu tego posta.