Tag: studia

  • Kim jestem, a kim nie jestem na pewno (2025)

    Kim jestem, a kim nie jestem na pewno (2025)

    „Mam na imię Kacper, za dwa tygodnie kończę 25 lat, już nie studiuję”. Tak przywitałbym się sześć lat temu, bo wmówiłem sobie, że nie stać mnie na więcej.

    Zawsze zdawało mi się, że nie warto poświęcać mi uwagi. Najbardziej bolesne jednak było to, że powiedziałem to sam, sobie i przez bardzo długi czas w to wierzyłem. Byłem przekonany, że nie powinienem dbać o swoją przyszłość, bo i tak jej nie będzie. Teraz mogę już przyznać, że uciekałem w ten sposób od odpowiedzialności, jaką niesie za sobą życie. Już nie jestem tym, co mi się przydarzyło. Sześć lat temu, napisałem, że nie lubię schematów, a wpadałem w nie, jeden po drugim i bardzo mocno się ich trzymałem. Po wyprowadzce byłem przekonany, że wiem już o sobie wszystko. Odważnie założyłem bloga i pierwszy post zatytułowałem „Kim jestem, a kim nie jestem na pewno”, a, prawdę mówiąc, nie wiedziałem wtedy nic. Ba! Po tylu latach nadal nic nie wiem i to jest piękne. Opisałem tego bloga jako moja przestrzeń, z moimi zasadami, bo tak bardzo ich nie lubię. Dziś po prostu powiem, że brakowało mi pokory. Lubiłem siebie i swoje widzimisię.

    Dziś nadal trudno mi przyjąć niepowodzenia lub błędy, ale już nie jestem wobec nich defensywny. Mam marzenia i realną szansę, aby je spełnić i chyba ostatni rok mi to uświadomił. Lubię romantyzować rzeczy, kiedyś to była melancholia, teraz moja wspaniała zdolność do myślenia o życiu głębiej. Staram się uważać na to jak nazywam pewne sytuacje czy zjawiska, bo język, jakiego używam, tworzy moją rzeczywistość, a przyznam szczerze, że mam dosyć życia w negatywie.

    Wydaje mi się, że nikt nie jest pewien – kim jest, a kim nie jest na pewno. Jeśli potrafimy zdrowo wyznaczyć granice w naszym życiu i otwarcie powiedzieć o swoich potrzebach, może pojawić nam się zarys tego kim jesteśmy, na co możemy sobie pozwolić, a co jest dla nas niedorzeczne. Mógłbym powiedzieć – jak bardzo kocham kolor zielony, jak często towarzyszy mi muzyka, jak czuję się kiedy napiszę coś, z czego jestem dumny, ale to też mnie nie definiuje.

    Ciekawe jest też to, ile różnych wersji mnie istnieje we wspomnieniach innych ludzi. Zdaję sobie sprawę z tego, że to najmniej istotne dla mnie, ale miałem wpływ na czyjeś życie i zapamiętali mnie takiego, jaki byłem dla nich w tamtym momencie. Ja też pamiętam ich w ten sposób, te relacje na zawsze pozostaną takie same, dzięki naszym wspomnieniom, choć każde z nas jest już gdzieś daleko i teoretycznie jesteśmy dla siebie już obcy. To też jest piękne, myślenie o tym, jest jak wrzód na dupie, ale jest piękne. Sztuka rozstania z osobą i sobą. Nie zawsze było mnie na to stać, na taką postawę. Za wszelką cenę, chciałem odczarować wszystko i wszystkich, nic dziwnego, że później utkwiłem w miejscu, o którym nadal wstydzę się mówić.

    Ile dni, tyle definicji mnie przebiega przez moje myśli, nie walczę z tym już, bo codziennie mogę decydować o zaczęciu czegoś od nowa, dla mnie najważniejsze jest to, że za każdym razem wybieram, aby nie szkodzić. To wiem na pewno.

    Spotykamy się na nowo, to ten sam Wizjer, ale na innej platformie z nieco odświeżonym wyglądem. Jeszcze nad nim pracuję, więc pewnie coś się zmieni, ale wróciłem, bo dziś postanowiłem nie porzucać moich pasji. Jestem zdeterminowany, żeby się udało. Nie mam absolutnie nic do stracenia (poza hajsem za domenę).

    Do zobaczenia wkrótce!

    Kacper

  • Kwarantanna i co podczas niej odkryłem

    Kwarantanna i co podczas niej odkryłem

         Jestem cholernie zmęczonym człowiekiem na wielu poziomach mojego życia, ale chyba najbardziej męcząca dla mnie, jest ekscytacja kiedy planuję swój kolejny, potężny projekt, który tym razem NA PEWNO wypali, promowanie go, radość z czegoś nowego… no, a potem — nic. Dosłownie zostawiam daną rzecz bez słowa i udaję, że nigdy niczego nie stworzyłem ani nie zaplanowałem. To ja 🙂
    Tak czy inaczej. Nastały dosyć ciężkie czasy, mamy pandemię. Szczerze myślałem, że zginę od uderzenia meteorytu, wojnę, albo apokalipsę zombie, a nie od mikroskopijnego wirusa, który nawet nie wiadomo czy żyje, czy po prostu egzystuje. (Nie sądziłem, że ten opis będzie pasował też do mnie…) Narobiło się sporo zamieszania, wcale się nie dziwię, sam się boję. Jeśli nie jesteś naukowcem, lekarzem lub kasjerem w spożywczaku, to prawdopodobnie, jak wszyscy inni siedzisz teraz w domu. Ja na przykład siedzę, bo pracy znaleźć nie mogę, a szkołę nadrabiam przez internet. Między wypracowaniem z historii literatury a kolejnym odcinkiem Drag Race mam czas na przemyślenia.
         Stety lub niestety, uświadomiłem sobie, jak łatwo jest zepsuć mój zegar biologiczny oraz jak trudno go naprawić. Okuniewska, bez której zasnąć mi trudno, od pewnego czasu stała się moją nocną towarzyszką, zamiast lekiem na sen. Zajęło mi jedną noc, żeby przestawić się na zasypianie o 5 i wstawanie o 15. Rozumiecie? Jedną noc. Nie wiem, jak to naprawić i boję się, że spędzę tak całą kwarantannę. Swoją drogą, skoro mowa o Okuniewskiej i jej podkaście to po przesłuchaniu go już chyba 4 raz z bezsenności, znów zachciało mi się pisać. Była w nim mowa o zapisie swoich myśli i pomyślałem, że nie można mi tak zostawić tego miejsca. Jeśli ktoś nie wie, kim jest Okuniewska, to odsyłam na Spotify lub YouTube, tam wszystkiego się dowiecie.
    W związku z tym, że jestem na pierwszym roku studiów i nadal trudno jest mi się przyzwyczaić do życia w pośpiechu oraz całkiem sporym stresie, to okres e-learningu jest dla mnie okropnym doświadczeniem. Wnioski są takie, że nie wiem, czy oby na pewno nadaję się na jakiekolwiek studia.
         Podczas sprawdzania kolejnych maili od wykładowców zaczęło mnie to lekko przerastać. Nie wiem, co chcę robić w życiu, ani z czym wiążę swoją przyszłość. Czas ucieka, a ja stoję w miejscu.
    Kolejną rzeczą, którą zauważyłem, tak wracając do bezsennych nocy, jest to, że w godzinach 03:00-05:00 jestem bardziej rozbawiony, pozytywnie nastawiony i kreatywny niż zazwyczaj. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale z całego serca życzę sobie takiego stanu o każdej porze. Chociaż nie ukrywam, może być tak, że zacząłem po prostu wariować od siedzenia w domu. W końcu zrozumiałem, jak bardzo nie doceniałem możliwości, obrania dłuższej drogi, w drodze do sklepu, czy codzienny spacer na uczelnię. Co prawda wróciłem na wieś i mam kontakt z naturą i świeżym powietrzem, ale świadomość uziemienia jest silniejsza.
         Choć to niedługi to jestem z siebie dumny, że go napisałem. Nie chcę się zmuszać do pisania, żadnych bzdurnych postów na siłę. Może uda mi się jakoś wrócić do wylewania myśli w ten sposób. Zostańcie w domu i dbajcie o siebie, jeśli macie wolny czas to spróbujcie wykorzystać go w jakiś produktywny sposób, ale jeśli nie chcecie, to po prostu śpijcie do 15:00 i oglądajcie seriale do 05:00 jak ja. Do potem!
  • O tym jak spełniam obietnice, kopaniu w minecrafcie, a rzeczywistość jest iluzją

    O tym jak spełniam obietnice, kopaniu w minecrafcie, a rzeczywistość jest iluzją

    Tak jak mówiłem, tak zrobiłem. Już na samym początku zakomunikowałem wam, że nie będę pisał regularnie. Problem w tym, że myślałem, że mimo wszystko będę tu pisał. Miałem całą listę postów, które miałem wrzucić. Naprawdę byłem zmotywowany, aby co jakiś czas jednak się tutaj pojawiać, a jeśli nie tu, to na Instagramie, ale nawet to mi nie wyszło. Ostatecznie zamknąłem poezjępogodzinach bez słowa wyjaśnienia. (O tym ciut później). Tak czy inaczej, spełniłem obietnicę, ale z tej nie jestem do końca dumny.

        Wiecie, kiedy wszystko zaczyna się komplikować, najlepiej byłoby uciec i zostawić każdą rzecz w płomieniach, które wznieciliśmy my sami. Tak też zrobiłem. Porzuciłem wszystko, co tylko miałem i ostatecznie skończyłem w pewnym sensie pustej przestrzeni pozbawionej nawet ścian, a mimo to jednak ograniczonej. Przyznam, że małą inspiracją do napisania posta był dla mnie dzisiejszy wykład, zupełnie nie pozorny, a jednak uświadomił mi kilka rzeczy. Nie będę się na nim opierał w całości, bo to bez sensu. Według mnie to trzeba by przeżyć i poczuć samemu. Jednak prowadzący nawiązał do pewnego utworu (Nine Inch Nails – Right Where It Belongs) oraz myśli na temat soliptycyzmu. Polegała ona mniej więcej na tym, że wszystko, co nas otacza to nasze wyobrażenie i nie istnieje nic oprócz nas (jako jednostki indywidualnej). No ale do rzeczy: w piosence są pewne dwa wersy: „Wciąż patrzysz na las, nie mogąc go znaleźć, / Podczas gdy chowasz się za drzewami”. Aby lepiej to zrozumieć, wyobraźcie sobie, cokolwiek co uważacie za piękne, góry, morze, czy chociażby ten las. Kiedy czujecie się dobrze, widzicie je dobrze, jednak kiedy ktoś lub coś w naszym życiu dosadnie nas zrani, daje nam bodziec i świat staje się zupełnie inny, wtedy rzeczy wyglądają inaczej. Patrzymy na ten sam obraz, ale on się zmienia i nie potrafimy dostrzec najbardziej oczywistych rzeczy, bo za bardzo zagłębiamy się w szczegóły. Dlatego zamiast gór, widzimy kamienie, a zamiast lasu tylko drzewa, podczas gdy ktoś inny widzi to czego my nie dostrzegamy, bo ich świat, jest ich własną iluzją. Możliwe, że dlatego tak często jesteśmy źli na kogoś, kto daje nam dobre rady, po prostu ich nie rozumiemy. Czasem warto się zatrzymać i przemyśleć jak wygląda świat drugiej osoby, zastanowić się nad tym dlaczego reaguje tak, a nie inaczej.

        To w pewnym sensie uświadamia nas, że w jakiś sposób jesteśmy w stanie kreować naszą „bańkę”, ale również przestrzega przed zamęczaniem się drobnymi rzeczami. Bo drążenie tunelu przykrości, jest trochę jak kopanie w Minecrafcie. Kopiemy głębiej i głębiej, aż w końcu zapominamy zjeść, tracimy siły, tracimy cel oraz zapominamy, gdzie jesteśmy, a wystarczy tylko zrobić obrót o 180 stopni i wyjść z tej dziury. Nie jestem pewien co do tego porównania, dlatego nie bierzcie go zbyt na poważnie…

    Słuchanie o tym wszystkim, uświadomiło mi jak wielką kontrolę mamy nad naszym życiem, jesteśmy twórcami naszej rzeczywistości, tylko potrzebujemy oczyszczenia. Oczyszczenia w sensie porzucenia pewnych wartości. Jest to z pozoru strata, ale kiedy już zedrzemy z siebie wszystko, staniemy sami przed sobą, zupełnie nadzy (w przenośni lub nie), mamy szansę na uświadomienie sobie własnej wartości. Tak się trochę stało gdy porzuciłem bloga na miesiąc, pisanie wierszy, czy robieniem rzeczy, które były dla mnie jakimś oderwaniem, ale za cholerę nie wiedziałem, jak się za nie zabrać. Moja wizja świata się zmieniła, zaczynam kreować swoją własną rzeczywistość.

     (Proszę mnie poprawić jeśli gdzieś się pomyliłem lub napisałem głupotę. Dziękuję)

  • Bardzo chaotyczny post. (Tylko dla znudzonych)

    Bardzo chaotyczny post. (Tylko dla znudzonych)

         Wszyscy dobrze znamy to uczucie, kiedy musimy coś zrobić, ale nie mamy na to najmniejszej ochoty. Właściwie to nie mamy ochoty na nic. Nikt z nas nie lubi się zmuszać, ani wychodzić z własnej strefy komfortu. To jak wychodzenie z ciepłego łóżka w chłodny zimowy poranek, tylko po to, aby dotrzeć do szkoły lub pracy. Fakt zdobywania wiedzy czy nabywania umiejętności wcale nie pomaga i nie motywuje, a tylko obrzydza nam wszystko, co z tym związane. Brzmi znajomo, prawda? Witamy w dorosłym życiu. 
        Najgorsze jest to, że mam wystarczająco energii fizycznej na zrobienie tego wszystkiego, ale jestem zupełnie pozbawiony energii psychicznej. To po prostu za dużo. Mózg można porównać do przeglądarki internetowej – 17 otwartych kart, 4 są zamrożone i nie wiadomo skąd słychać muzykę… (mem)
         To nie tak, że pracuję codziennie i jestem przemęczony, więc potrzebuję odpoczynku. Nie robię dosłownie nic i jestem wykończony tak, jakbym miał zaraz odejść na emeryturę. Mało rzeczy mnie ostatnio cieszy, a moja niechęć do wszystkiego sprawia, że czuję się tylko gorzej. Goni mnie czas, brak pieniędzy podstawia nogę, a zbliżające się kolokwia i sesja ustawiają ostre sztylety, ostrzem do góry, w miejscu gdzie upadnę. 
    […]
    umarł malkontent pod brzydkim niebem,
    niczego nie lubił,
    dlaczego?
    nie wiem.
         To chyba mój ulubiony cytat ze wszystkiego, co w życiu napisałem, co by się nie działo, on zawsze opisuje mój stan. Narzekanie to tak głupie zjawisko, nie dość, że zazwyczaj jest po prostu bezpodstawne, to jeszcze narzekając, za bardzo skupiamy na samym problemie niż na rozwiązaniu go. Czasem tylko po prostu trzeba to zauważyć i małymi krokami zacząć wykonywać nasze obowiązki. Potem jest już z górki, rzucamy się w wir zajęć i nie mamy za bardzo czasu na narzekanie. Nie jest to łatwe, bo z drugiej strony trzeba pamiętać, żeby się nie przepracować i pozwolić sobie na chwilę relaksu. Tutaj natomiast koło się zatacza, ponieważ nie można się za bardzo rozleniwić. Takim oto sposobem doszliśmy do wniosku, że życie to jedna wielka pogoń za równowagą. Co prawda nadal nie wiem, co z tym faktem zrobić ani od czego tak naprawdę zacząć, ale to zawsze jakiś punkt zaczepienia.
         Tak czy inaczej, mimo dłuższej przerwy (po dwóch postach yeehaw) wróciłem i mam się trochę lepiej. Skąd ta przerwa i o tym dlaczego nie podjąłem się wyzwania systematyczności, można przeczytać w moim drugim poście (Kiedy znów ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej). Natomiast w przyszłości, kiedy już oswoję się z moją działalnością na blogu, może rozszerzę trochę ten temat i porozmawiamy wtedy o konkretnych uczuciach towarzyszących mi i wielu ludziom podczas „życiowej blokady”.
  • Kiedy znowu ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej

    Kiedy znowu ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej

         Wena i motywacja to te rzeczy, które najtrudniej mi pojąć, a najbardziej niepojęte w nich jest to, że pojawiają się i znikają jak randomowe myśli w głowie. Jednak są ludzie, potężni władcy własnego losu, którzy potrafią utrzymać te dwie rzeczy przy sobie bez względu na okoliczności. To bardziej zadziwiające niż dwunastotygodniowy płód potrafiący robić salto…
         Czasem mam takie momenty, kiedy mój umysł jest spokojny, a emocje nie rywalizują na karuzeli o to, która wypadnie pierwsza. Wtedy planuję. Planuję bieżący lub następny dzień, wiem, co, kiedy, i o której chcę zrobić, a w międzyczasie myślę o tym jak się rozwijać, rozważam pomysły na wiersze, zdjęcia, może jakieś inne ciekawe zajęcia. W tym czasie również obserwuję różne rzeczy, zagłębiam się w nie, potem idę spać z czystym sumieniem, że dałem z siebie wszystko. STOP. 
         Rano dzwoni budzik. Szósty z kolei, bo poprzednie wyłączyłem. Jestem spóźniony, wypijam szybką kawę i biegnę na przystanek. Pięć minut spóźnienia (nie najgorzej). Siadam w ławce, próbuję notować, ale zgubiłem się po pierwszym zdaniu. Spoglądam na zegarek po godzinie pustego patrzenia na wykładowcę. Minęło 10 minut. Kurwa. Sytuacja powtarza się przez najbliższe kilka godzin. W międzyczasie robię przerwy w myśleniu, wypalam papierosa przed wejściem i wypijam kolejną kawę. Koniec zajęć. Do autobusu 30 minut, bo poprzedni przejechał przed moim nosem gdy przechodziłem na pasach. Trudno, idę pieszo. Do domu docieram kiedy już jest ciemno. Jem śniadanie, szybka kąpiel i kładę się do łóżka. Oglądam kota, który utknął w kartonie i to moja jedyna rozrywka tego dnia. Patrzę na zegarek: 02:35. Kurwa. Kładę się spać. Taki dzień zapętla się przez najbliższe 3 tygodnie. A ja dawno zapominam o tym co sobie zaplanowałem, czym jest motywacja i że miałem jakąkolwiek wenę twórczą…
    Możecie nazwać to złym dniem albo po prostu pechem. Ja nazywam to moim życiem.
        Chciałbym tak kiedyś dostać szansę na zrealizowanie planów, na napisanie czegoś cholernie dobrego, zrobienie sobie takiego zdjęcia, że zawiesi Instagrama na godzinę, albo chociaż na chwilę świętego spokoju w życiu, takiego, którego nie zniszczy dźwięk powiadomienia w telefonie lub przypomnienie sobie, że ostatnie dwa złote wydałem na zdrapkę, w której nic nie wygrałem.
        Nie opisuję tego, żeby się wyżalić (kłamstwo), a po to, żeby zobrazować to dziwne zjawisko pojawiania się i znikania motywacji. Jednego dnia jesteśmy panami własnego losu, a drugiego, oraz kilka kolejnych, jesteśmy tymi, którzy stoją na drodze spadającej ptasiej bomby. Jeśli szukacie odpowiedzi na to „dlaczego?”, to tu jej raczej nie znajdziecie. Ja jestem od tego, aby dać wam poczucie tego, że nie jesteście sami. Jednak, jeśli to nie dotyczy ciebie, bo jesteś zmotywowany i pełen energii. Go fuck yourself.
    K.
  • Kim jestem, a kim nie jestem na pewno

    Kim jestem, a kim nie jestem na pewno

         „Mam na imię Kacper, za miesiąc kończę 19 lat, studiuję.” To najgorsze przywitanie, jakie mógłbym tu opublikować, ale jak na razie jedyne, jakie wpadło mi do głowy. W zasadzie tyle wystarczy, wystarczy, bo blog ma się trochę kręcić wokół mnie, moich spostrzeżeń i spojrzenia na świat. Po prostu poznacie mnie z czasem. Dlatego nazwałem go „Wizjer”, czyli Spojrzenie na otaczające mnie środowisko zza drzwi mojego świata. Zawsze z przymrużeniem oka. Czujecie ten wysiłek włożony w wymyślenie tego? Dawno myślałem, że moja kreatywność puka gdzieś od spodu dna, które od pewnego czasu eksploruję, a tu proszę! Mamy 10 listopada 2019 roku, godzinę 00:43, a ja piszę swój pierwszy post. Ostatnio tak dumny z siebie byłem, gdy naprawiłem samodzielnie pralkę…
        No dobrze, ale skoro już wiadomo, kim jestem, to warto zaznaczyć, kim na pewno nie jestem. Otóż nie jestem kimś, kto lubi schematy, dlatego to miejsce będzie ich w pewnym sensie pozbawione. Nie chcę i nie będę trzymał się zasad pisania bloga (jeśli takie istnieją), systematyczności ani zatrzymywał swoich prywatnych spraw dla siebie, to nie w moim stylu. Będę starał się stworzyć tu jak najbardziej swobodną atmosferę. Mam zamiar dzielić się rzeczami oraz uczyć się od potencjalnych czytelników o życiu. Nie jestem też kimś, kto jest doświadczony w pisaniu, oraz nie mam wiedzy na temat wszystkiego, dlatego nie traktujcie mnie ani moich wpisów w 100% na poważnie.
    Czy się uda? Oby nie. Nie mam zamiaru w przyszłości tłumaczyć się z głupot, które tutaj nawypisuję…
        Na razie to tyle. Skrzyżujmy palce i miejmy nadzieję, że nie zniknę po napisaniu tego posta.