W życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, kiedy musi się z kimś pożegnać, ale tak na serio. Ktoś ostatni raz ociera swoją dłoń o policzek syna, inny żegna się ze swoją babcią pocałunkiem w czoło, a jeszcze ktoś mocno zaciska oczy i powtarza „jeszcze nie teraz” jak mantrę, głęboko wierząc, że z momentem, w którym je otworzy, znajdzie się gdzieś poza tłocznym szpitalem. To dzieje się w tym momencie, nie zawsze nam, ale zawsze gdzieś.
Pierwszy raz przytrafiło mi się to gdy miałem dziewięć lat, potem piętnaście, dwadzieścia i wiem, że zdarzy się znowu. To ponure z mojej strony, nieco też może bezczelne, wzbudzać w sobie te emocje, ale bywają takie noce jak te, kiedy śmierć spędza mi sen z powiek. Zatruwam się myślami o tym, co mogłem i co mogłoby być. Niewdzięcznie ożywiam śmierć
Stworzyłem własne uniwersum, w którym nikt nigdy nie odszedł i nie odejdzie. Wewnętrzny raj z miejscem dla każdego, nieważne czy żyje, czy nie. Jak zepsuty odtwarzacz przewijam wspomnienia od początku, tworzę nowe i tkwię w tym miejscu, aż wydarzy się coś strasznego, bo zabawa w Boga, nawet we własnej głowie, musi skończyć się katastrofą. Spędzam tam noce i dnie, czasem nawet lata. Często zapominam o tym, że życie wokół mnie nadal istnieje i… ucieka. Ożywiam śmierć w swojej głowie, kosztem życia innych i prawdziwych momentów, które mogę na prawdę poczuć. Gdzie postawić granicę tęsknocie? W którym momencie jest za późno i jak otworzyć oczy, wiedząc, że wrócę do tłocznego szpitala? Całe swoje życie dążę do poznania większej prawdy, ale wątpię, że kiedykolwiek poznam odpowiedzi na te pytania. Nie jestem nawet pewien czy chcę.
Gdyby nie fakt, że ktoś pożegna się kiedyś ze mną — gdybym żył wiecznie, nie mógłbym istnieć tak, jak istnieję teraz. Pojęcie nieskończoności mnie przerasta. Wszystko, co jest większe ode mnie, jest zbyt duże, abym mógł to przyjąć. Gdyby gwiazdy nie zapadały się pod własną masą i nigdy nie stworzyły supernowych, urosłyby do takich rozmiarów, że w ich nieskończoności nadszedłby koniec ludzkości. Wydaje mi się, że nawet siła wyższa musiałaby zapaść się w samej sobie. Zwyczajnie z przerażenia, że musi być wszechmocna i wszechobecna na nieskończonym niebie. Może dlatego Boga okrzyknięto martwym? Może to nie ludzkość go zabiła, a sam pod swoim ciężarem zapadł się i rozproszył po wszechświecie. Może to wyjaśniłoby, dlaczego nie żyjesz.
Dziś w raju słońce zeżarło ziemię, bo nigdy nie wybuchło, siła wyższa obróciła się w proch, z którego powstała, a ja otworzyłem oczy i przeżyłem kolejną noc we własnej głowie. Niczego mi nie szkoda, choć nie spałem zbyt dobrze. Mógłbym oglądać z Tobą, jak świat płonie w nieskończoność.
Grzesznik
